Koncert kameralny Filharmonia Narodowa

Przejdź do treści
Koncert kameralny
Nicola Benedetti, fot. Simon Fowler

„Brzmi ono jak dzieło kogoś, od kogo można jeszcze wiele oczekiwać, tak jest młodzieńczo świeże i mocne, także mistrzowskie” – zanotowała w swoim Dzienniku osobistą, właściwie entuzjastyczną wręcz refleksję o Triu fortepianowym d-moll op. 63 Roberta Schumanna. Czy miał znaczenie fakt, że utwór wykonany został po raz pierwszy 13 września, w dniu jej urodzin? Raczej autentycznie szczere i głębokie uczucie tutaj przemawia, skoro Klara uznała, że pierwsza część utworu należy do „najpiękniejszych, jakie zna”. Do zachwytów wybitna artystka miała absolutne prawo, ale warto zwrócić uwagę na podkreślenie „młodzieńczości i świeżości” muzyki Schumanna. W roku 1847 Robert dobiegał powoli czterdziestki, był w pełni ukształtowanym kompozytorem z imponującym dorobkiem. Nawet kameralistyka nie była dla niego nowością – rok, w którym „wybuchło” zainteresowanie tym gatunkiem też już odsunął się w czasie. Niemniej jednak Trio d-moll op. 63 istotnie było pierwszym dziełem Schumanna napisanym na „kanoniczny” skład fortepianu, skrzypiec i wiolonczeli, tym chętniej wysyłał je w świat: „idź więc przede siebie tak szybko, jak chcesz i jak zdołasz”.

Brahms był nieporównanie młodszy – skończył ledwie dwadzieścia lat – kiedy w 1853 pisał swoje Trio fortepianowe H-dur op. 8. Podpisał je w autografie „Kreisler Junior”, jakby (może lękliwie?) skrywając za tym artystycznym pseudonimem. Choć pierwsze wykonanie Tria odbyło się w Nowym Jorku (27 listopada 1855), to już niecałe trzy tygodnie później (18 grudnia) utwór zabrzmiał we Wrocławiu. Partię fortepianu wykonywała Klara Schumann. Opinie utwór zebrał bardzo przychylne, a jednak kilka dekad później Brahms zdecydował się na jego głęboką rewizję. Autorskie „przyczesywanie i porządkowanie włosów” Tria najmniej dotknęło lekką i barwną, zapatrzoną w Mendelssohna część drugą.

Rihm przekroczył trzydziestkę, gdy na początku lat 80-tych XX wieku tworzył Fremde Szenen – trzy niezwykłe eseje na trio fortepianowe. Mierzy się w nich z tradycją gatunku, przekuwa ją na własny użytek, jakby oswajał coś potencjalnie obcego. Fremde Szene III zrazu tajemnicza, potem sprawia wrażenie, jakby „dopadała” ją przeszłość (nawet z aluzjami do Brahmsa), ale kończy się w sposób nieoczywisty, wymownie niepokojący. Pytanie o przyszłość tutaj pada? Do zastanowienia.