Jak wygląda Pana dzień koncertowy? Czy są jakieś rytuały, które zawsze musi Pan wykonać przed samym koncertem lub w jego dniu?
Tak, zawsze drzemię przez 30 minut, zwykle udaję się też na 45-minutowy spacer. Staram się również być w Sali koncertowej 45 minut przed rozpoczęciem koncertu i wejść na estradę, kiedy nikogo jeszcze tam nie ma.
Co sprawia Panu największą radość podczas występów na żywo?
Poczucie komunikacji z ludźmi, nawet jeśli nie padają żadne słowa, na przykład w chwili, gdy jest się na estradzie i muzyka się zatrzymuje, bo następuje pauza generalna lub dynamika jest stonowana. Wtedy „czujesz publiczność”, nawet jeśli nie słyszysz ani słowa i wiesz, że istnieje więź między nią, jej oczekiwaniami a orkiestrą… Bardzo mi się to podoba.
Kto był największą inspiracją w Pana życiu artystycznym?
To nie jest łatwe pytanie. Było wiele osób, które mnie zainspirowały, ale jeśli miałbym wskazać jedną, to byłby to Rafael Nadal, ponieważ jego poświęcenie, koncentracja i oddanie sprawiają, że zawsze w skupieniu zmierza do celu. Dąży do osiągnięcia jak najlepszych wyników, nie dla rozgłosu, po prostu zawsze chce być najlepszy w swoim zawodzie. Poza tym, w mojej profesji bardzo inspirującą postacią był dla mnie Carlos Kleiber.
Jako dziecko śpiewał Pan w chórze Dresdner Kreuzchor. Dlaczego nie kontynuował Pan tej drogi?
Och, to bardzo dobre pytanie, dziękuję. Mógłbym ją kontynuować. Pamiętam, kiedy grałem na fortepianie w operze w Dreźnie, ponieważ była to moja pierwsza praca w zawodzie jako muzyk – pianista w operze, korepetytor. Czasami musieliśmy zastępować chorych śpiewaków i śpiewać za nich. Jak można się domyślić, nie każdy pianista potrafi dobrze śpiewać, niektórzy nie potrafią nawet zaśpiewać czysto. Ale ja śpiewałem pełnym głosem, a niektórzy bardzo znani śpiewacy mówili mi: „Coż, powinieneś raczej śpiewać”. Zawsze wspominam to nostalgicznie, bo występowanie na scenie i śpiewanie również bardzo mi się podobało. Myślę jednak, że mam taką osobliwą cechę charakteru, że lubię mieć wpływ na jakość rzeczy, na to, jak są zrobione. Pomyślałem więc, że jako dyrygent mogę komunikować się z wieloma osobami jednocześnie i mam pewien wkład w to, jak coś jest wykonywane. Mogę zadbać o to, by było to właściwe. W ten sposób mam większy wpływ na efekt końcowy. Jako śpiewak zawsze jesteś zależny od wielu czynników. Być może właśnie przez tę moją troskę o najlepszą jakość uznałem, że lepiej będzie wziąć sprawy w swoje ręce. Zauważam też wiele możliwości, jakie daje orkiestra symfoniczna i chór – masz do dyspozycji tak wiele różnych gatunków muzycznych. Jako śpiewak miałem wrażenie, że jestem w pewien sposób ograniczony do jednej rzeczy. Mimo to, nadal czasami zastanawiam się, czy była to słuszna decyzja. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że moje doświadczenie wokalne pomogło mi w karierze dyrygenta – w ciągłym poszukiwaniu ekspresji i kantylenowego brzmienia orkiestr, chórów i zespołów operowych.
Czy uważa Pan, że kluczowym czynnikiem w repertuarze dzisiejszego koncertu jest „interpretacja” stylu epoki, czy też osobista interpretacja?
Nie sądzę, aby koniecznie trzeba było to rozdzielać. Po pierwsze, myślę, że nie możemy dokładnie skopiować tego, co kompozytorzy mieli w zamyśle, ponieważ nie było nas tam wtedy; mamy też ograniczony dostęp do nagrań. Po drugie, muzyka, zwłaszcza Richarda Straussa, mówi sama za siebie. Nie sądzę, aby dzisiejsza orkiestra symfoniczna grała ją inaczej niż zespoły w tamtych czasach. Jednakże zawsze staram się szanować to, co twórcy napisali w swoich partyturach, ponieważ zrobili to właśnie po to, aby wszystkie ich życzenia zostały spełnione. Zawsze podchodzę do tego materiału z głębokim szacunkiem. Oczywiście istnieje pewien element, który zależy od osobistego spojrzenia. Niektórych rzeczy w muzyce nie da się wyrazić na piśmie. Ile miligramów rallentando lub accelerando faktycznie wykonujesz? Nikt nie jest w stanie tego kontrolować. Żaden kompozytor nigdy tego nie kontrolował. Więc prawdopodobnie zależy to od chwili. Jednak uważam również, że w muzyce klasycznej, a zwłaszcza w przypadku tych dwóch kompozytorów, nie chodzi o realizację planu. Muzyka klasyczna polega na komunikacji między orkiestrą, między muzykami, między orkiestrą a ublicznością, między dyrygentem a orkiestrą. Myślę więc, że to jest znacznie ważniejsze niż jeden takt grany miligram szybciej lub wolniej.
W internecie można znaleźć informację, że posiada Pan licencję pilota. Czy to prawda? I czy gdyby nie został Pan muzykiem, to byłby zawodowym pilotem?
Tak, to mogłoby być dla mnie interesujące. Mój problem polegał na tym, że bałem się latać. Jednocześnie przez całe życie fascynowały mnie samoloty. Ta mieszanka lęku przed lataniem, zachwyt nim i konieczność korzystania z samolotów w mojej pracy sprawiła, że musiałem coś z tym zrobić. Nie mogę przecież siedzieć w samolocie i cały czas się bać. Postanowiłem więc wziąć udział w lekcjach pilotażu i zrobiłem licencję pilota turystycznego (PPLA). Nie posiadam jeszcze licencji na loty według wskazań przyrządów. Pomogło mi to przezwyciężyć lęk przed lataniem i lepiej wszystko zrozumieć.
[02-2026]