Szaleństwo katalogowania ogarnęło kompozytorów doby romantyzmu. Pieczołowicie opusowali oni swoje dzieła – przynajmniej te, które opuszczały domowy pulpit, biurko czy szufladę. Po ich śmierci znajdowali się niekiedy i tacy, którzy uparcie (i na ogół interesownie) katalogowali pozostawiony – nierzadko celowo – bez sygnatury dorobek. W ten sposób pełne wdzięku Capriccio e-moll Felixa Mendelssohna-Bartholdy’ego połączono w pośmiertnym opusie 81 z jego trzema innymi utworami na kwartet smyczkowy. Obecnie, wykonywane jest często jako samodzielna kompozycja.
Przykład Beethovena pokazuje, że kolejność opusów i numerów nie zawsze odzwierciedla chronologię powstawania utworów. Jego „klasyczne” – dialogujące z arcydziełami Wolfganga Amadeusa Mozarta i Josepha Haydna – Kwartety smyczkowe op. 18 ukazały się w innej kolejności niż zostały skomponowane. Zadowolony (zresztą słusznie) ze swojej pracy kompozytor postanowił umieścić nieco posępny Kwartet nr 4 na początku drugiego zeszytu, ukazującego się trójkami opusu, choć numeracja nie odzwierciedla tu porządku komponowania poszczególnych dzieł.
Nie o to, jak zostanie wydany, ale czy ktokolwiek zechce opublikować jego Kwintet fortepianowy g-moll, martwił się zaś 31-letni Juliusz Zarębski. Wspaniale przyjęte przez krytyków, dedykowane Franzowi Lisztowi arcydzieło polskiej kameralistyki XIX wieku powstało w 1885 roku – kilka miesięcy przed śmiercią tego młodego wirtuoza fortepianu. Zmartwienie nie okazało się bezpodstawne – Kwintet ukazał się drukiem dopiero w dwudziestoleciu międzywojennym.
Bartłomiej Gembicki